środa, 8 stycznia 2014

...i tylko mi balu brak!




   Niepokój jakiś mnie ogarnia ostatnimi czasy. Artystyczny niepokój. Coś bym robiła ciągle, coś się w tej głowie wciąż kołacze, a czasu mało i jeszcze mniej. Ale twarda jestem, nie daję się. Jest pasja, więc jeść nie trzeba. No, może troszkę. Ani spać za dużo.Bo szkoda. Chwilami to i motyle mi jakieś po brzuchu latają, choć przecież dla miłości zarezerwowane. No w sumie...  przecież kocham to co robię! I to ta tęsknota za miłością moją takie kołatanie wzbudza! Pogratulować, rozgryzłam sama siebie. Czasem się uda :) Więc...

Miały być zdjęcia spódnicy. I będą. Ale wyścig o publikację wygrała jednak granatowa tafta, która tak mi nie dawała spokoju.



Wiec ją wzięłam, ogarnęłam, no i jest!


Taka właśnie sukienusia z mojej głowy zmaterializowała się:) Satysfakcja gwarantowana :) Jestem happy :)



Rozkochałam się w takich sukienkach. Sprawiają, że kobieta czuje się jeszcze bardziej kobieca. To znaczy mówię za siebie. Kobieca i...hmmm, wiem, że to mało możliwe, ale niewinna. Tak, tak. Usłyszałam też, że jest frywolna. Dobrze mówisz ;)

           
Fajna kiecka i szpilki-przepis na uśmiech:)

A trochę technicznie-tafta jest doskonała na taki krój. Jednak żeby uzyskać odpowiedni efekt, należy ją kroić tylko wzdłuż brzegu fabrycznego, nie inaczej. Nie jest wtedy elastyczna (przy tym rodzaju tafty, z której ja szyłam), ale dzięki temu sukienka ma piękną formę. No dobrze... w moich kategoriach postrzegania świata uznaję ją za piękną. A Wam się podoba? (pytanie pozostanie bez odpowiedzi, ale nic to, trzeba mieć nadzieję). 



Jeśli ktoś z Was lubi Króla Elvisa to dla wesołości posłuchajcie tego:

Pozdrawiam